piątek, 22 stycznia 2016

Miasto Grzechu - Bonano. #6 KONIEC

Bonano.
                -Proszę pana. – odezwał się interkom. Bonano nie zareagował. Patrzył na miasto ze swojej rezydencji. Mokre, brudne i zdeprawowane. Miejsce olbrzymich szans do inwestycji. Wykorzystywał to jak tylko mógł do, między innymi, nielegalnej produkcji i sprzedaży broni. Tak było do czasu, gdy ktoś – jedna osoba – nie zniszczyła jego składu broni.

                Nie wiedział, co o tym myśleć. Jak jedna osoba mogła doprowadzić do czegoś takiego. Zdawał sobie sprawę, że ochrona i ludzie tam za bardzo przyzwyczaili się do porządku i ciszy. Nikt normalny nie atakował rodziny Bonano.

                „Jest tylko jedna osoba, która jest na tyle szalona, żeby atakować kogoś takiego jak mnie” pomyślał.

                -Proszę pana... to ważne. – interkom zatrzeszczał. – Chodzi o... Kadie i Un Huh.

                -Słucham. – powiedział Bonano, nie odwracając się od okna.

                -Un Huh, pana kasyno zostało... zniszczone. – ostatnie słowo agent wypowiedział szeptem. – Nie wiadomo kto to zrobił... halo?

                Interkom utracił połączenie, gdy Bonano rzucił nim o ścianę, ogarnięty nagłą wściekłością. Jego największe kasyno. Miotał się po swoim gabinecie, chwytając w ręce cokolwiek, co było w jego zasięgu i rzucał tym o ścianę. Krwawiła mu dłoń. Zlizał krew cieknącą mu po palcach i złapał telefon w rękę ściskając go tak mocno, że zbielały mu kłykcie. Wybrał numer do szefa ochrony i poczekał na połączenie.

                -Kontynuuj. – padło słowo wyprane z emocji.

                -Kasyno zostało wysadzone w powietrze za pomocą ładunków wybuchowych. Technicy badają, co to za materiał, ale podejrzewają C4. – głębokie westchnięcie. – Natomiast jeżeli chodzi o Kadie... Miejsce przetrwało, ale ktoś wrzucił do środka dwa granaty i zabił wszystkich, którzy tam byli.

                -Oba budynki załatwione w jednym momencie?  - westchnął Bonano. Czyli jest ich dwóch.

                -Tak.

                -Nikt nie przeżył?

                -Jedna osoba, z Kadie, ale lekarze dają mu małe szanse. Zbyt duże obrażenia.

                -Gdzie leży?

                Bonano jechał do szpitala, w którym leżał jeden z jego ludzi. W głowie miał już pomysł, co zrobi z osobą, która odważyła się na tak bezczelny atak na jego osobę i działalność.

                Po dziesięciu minutach był już na miejscu. Wszedł do środka i zapytał pielęgniarki, gdzie leży Ava Dwight. Wskazała mu pokój na drugim piętrze. Nie czekając na to, co ma do powiedzenia pielęgniarka, wszedł do winy.

                Pokój Dwighta był na końcu długiego korytarza. Obok drzwi stał jego człowiek, który skinął mu nieznaczenie głową na powitanie.

                -Jeszcze żyje? – zapytał cicho Bonano.

                -Ledwo, ale tak. – mruknął opryszek. – Długo nie pociągnie.

                Bonano wszedł do środka. Dwight wyglądał... źle. Bez nóg i z amputowaną prawą ręką. Oddychał przez rurkę, a oczy miał zamknięte. Bonano podszedł do niego i odłączył mu morfinę. Po niecałej minucie Ava się obudził, patrząc na Bonano z coraz większym bólem w oczach.

                -Szefie... – zaczął, ale Bonano przerwał mu ruchem ręki. Wpatrywał się w niego czekając, aż lek przestanie działać na Dwighta. Długo to nie potrwało.

                -Kto to był?

                -Proszę, szefie... – jęknął Ava. – Boli.

                -Powiedz mi, kto to był, a podłączę to z powrotem. – warknął Bonano, pochylając się nad nim.

                -Nigdy go nie widziałem. – wydyszał Ava przez zaciśnięte zęby. – Tylko o nim słyszałem.

                -No? Kto to był?! – ryknął Bonano, zrywając się na nogi i chwytając jeden z kikutów 
Dwighta, ściskając go z całej siły.

                Ava zrobił się czerwony, a potem fioletowy na twarzy, a dźwięk aparatury zaczął piszczeć w szaleńczym tempie. Podniósł lekko głowę do góry i wyszeptał:

                -Marv po ciebie idzie.

                Bonano się wyprostował. Zostawił nogę martwego Ava. Poprawił krawat i wytarł zakrwawioną rękę o firankę. „To moja krew, czy jego?” zapytał siebie w myślach, patrząc na krwawy ślad na starym materiale.

                Marv.

                Marv po mnie idzie.

                Trzeba go dobrze przyjąć.

                                                                                              &
                Wróciłem do chaty Hartigana, który już tam był. Zwaliłem się na kanapę obok niego i wyprostowałem nogi, opierając je na krzywym stole. Zapaliłem papierosa i nie zawracając sobie głowy szklankami, napiłem się whisky prosto z butelki. Podałem ją dla Hartigana, ale się nie napił.

                -Jak nie pijesz, to oddaj. – mruknąłem.

                Oddał.

                -Co dalej? – zapytałem.

                -Czekamy. – odpowiedział Hartigan. – Nie ma sensu w ogóle teraz stąd wychodzić.

                Westchnąłem, przyznając mu rację kiwnięciem głowy. Szukają nas w całym mieście, tego byłem pewny. Bonano musiał być teraz nieziemsko wkurwiony. Strata dwóch lokali, które generowały duży przychód i trochę jego ludzi musiało go wyprowadzić z równowagi.

                Do drzwi nagle ktoś zapukał. Zamarliśmy we dwójkę, nie wydając najmniejszego dźwięku.

                -Marv. – głos zza drzwi należał do kogoś, kogo nie znałem. – Jesteśmy od Roark’a chcemy porozmawiać. Wiemy, że tam jesteś.

                Kiwnięciem głowy kazałem Hartiganowi się ukryć. Gdy drzwi szafy się za nim zamknęły, wstałem i otworzyłem drzwi.

                -Czego chcecie?

                -Porozmawiać o twoim następnym kroku. – gość wszedł do środka i usiadł tam, gdzie jeszcze przed chwilą siedział Hartigan. – Roark chce wejść do gry oficjalnie.

                -Tak szybko? – udało im się mnie zaskoczyć. Byłem pewny, że jeszcze parę dni Roark będzie wolał pozostać w cieniu i obserwować rozwój wypadków, żeby wkroczyć w najlepszym momencie i żeby jego straty wynosiły maksymalnie minimum.

                -Tak, tak szybko. – odpowiedział mężczyzna ubrany w czarną kurtkę i luźne spodnie. – Bonano jest teraz, zgodnie z przewidywaniami senatora, roztrzęsiony po celowanych w niego atakach. Wszyscy siedzą jak na szpilkach i spodziewają się ataku z każdej strony.

                -I chcecie go teraz zaatakować, w momencie, gdy jest niemal pewny, że nikt go nie zaatakuje, bo sądzi, że ten ktoś spodziewa się twardej obrony? – zapytałem drwiąco, widząc lukę w jego planie. – Całkiem nieźle pomyślane, tylko co jeśli faktycznie będzie przygotowany?

                -Wtedy zadecyduje siła ognia, chociaż osobiście wolę ufać osądowi senatora. – mężczyzna wstał. – Nie będę pytał o twojego wspólnika, kimkolwiek on jest, ale wiedz, że Roark chce go poznać. Osobiście. – skierował się do wyjścia. – Bądźcie gotowi jutro o drugiej po południu.

                Zamknął cicho za sobą drzwi. Wypuściłem powietrze z płuc z sykiem, wciąż ściskając w dłoni butelkę. Odstawiłem ją na stół i zapukałem w drzwi szafy.

                -Wyłaź.

                Hartigan wyszedł z dziwnym wyrazem twarzy. Wiedziałem, co chce mi powiedzieć jeszcze za nim otworzył usta.

                -Nie ma opcji John. – powiedziałem szybko. – Jeżeli teraz zapolujesz na Roarka, to jest po nas. Nie będzie ataku na Bonano, będzie atak na mnie, bo ciebie zdążą zabić i wszystko, co zrobiliśmy w kierunku Bonano, pójdzie na marne. Roark wszystkiego się wyprze, wiesz o tym.

                -Zapoluję jutro na niego, sam. Jak wszyscy pójdziecie na bój z Bonano, to Roark zostanie sam. Nawet jak zostawi sobie jakąś ochronę, to nie na tyle dużą, żeby sobie nie dał z nią rady. – brzmiało to sensownie.

                -Co jeśli Roark będzie chciał być blisko wydarzeń? – zapytałem. – Pójdziemy bić i dziwki i ludzi Bonano, Roark będzie chciał to widzieć. Nie usiedzi u siebie, czekając na raport, jakby chodziło o zwykły przerzut żywym mięsem.

                Hartigan zamilkł. Nie mógł mi odmówić racji. Skoro Roark decyduje się na ujawnienie się, jako nasz ukryty as w rękawie, to musi być pewny zwycięstwa. I będzie chciał to widzieć. Ba, będzie chciał sam osobiście zastrzelić Bonano.

                -Idę spać. – mruknąłem. – Jak jutro mam zginąć, to wolę zginąć wyspany.

                              
                                                                                              &

                Przyszli jeszcze wcześniej. Ten sam mężczyzna co wczoraj plus paru bandziorów. Zapakowali mnie do ciemnego land rovera i ruszyliśmy do Old Town. Droga minęła nam w milczeniu. Przez zaparowane okno obserwowałem mokre od nocnego deszczu ulice miasta. Ludzie o tej porze nie wychodzili z domów, nie było potrzeby.

                Po ponad trzydziestu minutach jazdy, wysiedliśmy przed budynkiem wojskowym, w którym od niedawna stacjonował Bonano.  
 
                -Co tu robimy? – zapytałem. – Tutaj pracuje Bonano. Chcecie go atakować w biały dzień w środku miasta?

                -Nikogo nie będziemy atakować. – warknął facet w czarnej kurtce. – Wyłaź z auta. Tylko grzecznie i z rączkami na wierzchu.

                Zdusiłem przekleństwo i wysiadłem z auta. Spojrzałem na szarozielony budynek z wysokimi oknami. Na dachu, zamiast szyldu z napisem U.S. Military, widniał transparent z czarnymi literami układającymi się w napis B&G Comapny. Gail, ta zdradliwa suka. Ciekawe ile z dziwek zginie, gdy to małżeństwo się uda. Bonano nie pozwoli na tak liczną armię kobiet, które są w stanie zabić każdego.

                Na ulicy nie było żywego ducha. Żadnych samochodów, żadnych przypadkowych przechodniów, nikogo. Tylko ja, paru facetów, którzy już mnie trzymali na celowniku i drzwi, w które się wpatrywaliśmy w oczekiwaniu, aż Bonano wyjdzie.

                Staliśmy tak może dziesięć minut. W międzyczasie zaczął padać deszcz. Schyliłem głowę, kryjąc twarz przed upierdliwym deszczem. Gdy zabrzmiał grzmot, a niebo rozświetliła błyskawica, zostawiając pod powiekami powidoki, drzwi do B&G otworzyły się. Pierwszy wyszedł Bonano, a za nim Gail. Ubrana w kawałki skóry, które przykrywały jej duże piersi i krocze. Na biodrach miała zawieszone dwa pistolety, a znad ramienia wystawała rękojeść miecza. Gail znana była z zamiłowania do kultury japońskiej.

                Chwilę po tym, jak drzwi za Gail się zamknęły, ktoś otworzył je jeszcze raz. Moim oczom ukazał się nie kto inny, jak Roark. Wiedziałem, kurwa, wiedziałem, że będzie chciał mnie wyrolować. Pokręciłem głową z niesmakiem.

                -Roark! – krzyknąłem, prostując się w strugach deszczu. – Wiedziałem, że z ciebie kawał sukinsyna, ale żeby coś takiego?

                -Marv, jak dobrze ciebie widzieć. – zawoła jowialnie Roark. – Chciałem z tobą porozmawiać.

                -Masz dziwny sposób na zapraszanie do siebie gości. – uśmiechnąłem się lekko, rozkładając ramiona. – Mogłeś zadzwonić, na pewno znalazłbym dla ciebie czas w moim napiętym harmonogramie dnia.

                -Między piciem do nieprzytomności, a ugadywaniem się z Hartiganem? – cholera. Czyli wiedzieli o nim. – Ale nie o tym! Pewnie zastanawiasz się, o co tutaj chodzi, co?

                Typowe. Każdy, ale to dosłownie każdy charakter, taki jak Roark, musi się napawać chwilą, w której udało mu się przechytrzyć przeciwnika. Dziesiątki, jeśli nie setki, widzianych filmów i żaden z tych złych niczego się nie uczy. Osobiście zastrzeliłbym mnie na ich miejscu jeszcze w samochodzie. Na błędach człowiek się uczy.

                -...postanowiłem dogadać się z panem Bonano i mu ciebie wydać. – patrzył na mnie Roark, czułem jego spojrzenie, jak przebija mnie na wylot. – W zamian postanowił podzielić się ze mną zyskami z sprzedaży broni.

                -Fascynujące. – wzruszyłem ramionami. – Ale nie po to tu przyjechałem, żeby słuchać twojego nudnego pieprzenia. A to – wskazałem na karabin, który trzymał jeden z bandziorów – bardzo mi się teraz przyda.

                Z moim ostatnim słowem padł strzał, ledwo słyszalny, jak kaszlnięcie. Mężczyzna, do którego mówiłem, upadł na ziemię, rozbryzgując za sobą kawałki mózgu, które zaczęły powoli dryfować po wciąż powiększających się kałużach.

                Gdy padał, karabin wypadł mu z ręki. Chwyciłem go, obracając się jednocześnie i posłałem serię w trzech za mną, którzy nie zdążyli jeszcze zarejestrować tego, co się stało. Wszystko trwało trzy, może cztery sekundy.

                Odwróciłem się z powrotem do Roarka, który wciąż miał otwarte usta, gotów, żeby kontynuować wywód. Uśmiechnąłem się do niego.

                -Widzisz, Roark. – powiedziałem, idąc powoli w stronę schodów. – Różnica między nami polega na tym, że ja wolę działać, a ty gadać. – mówiąc to strzeliłem, trafiając oszołomioną Gail w prawą pierś. Okręciła się na pięcie i upadła na ścianę, zostawiając na niej krwawy ślad. Jej ręka sięgnęła po broń zawieszoną na biodrach, ale kolejna kulka zmiażdżyła jej dłoń, uniemożliwiając jakiekolwiek działania, w tym oddychanie. – A ty Bonano. – spojrzałem na grubszego faceta w starszym wieku, który przyglądał mi się spod zmrużonych powiek. – Chociaż nie, tobie akurat nie mam nic do powiedzenia poza tym, że lepiej powinieneś wychowywać swoje dzieci. Nie tyka się cudzej własności.        
       
                -Ta dziwka, Nancy, o niej mówisz? – zapytał drwiąco Bonano, przerywając Roarkowi uniesieniem dłoni. Roark zacisnął usta, spoglądając na lufę karabinu wycelowaną w jego stronę. – Dziwki nie są niczyją własnością, można z nimi robić co chcesz.

                -Nancy należy do mnie. – głos za moimi plecami należał do Johna. – I nikt nie będzie jej dotykał bez mojego pozwolenia. – powiedziawszy to, wystrzelił trafiając Bonano w ramię, który upadł na ziemię.

                -Hartigan... – powiedział głośno Roark, przekrzykując jęki Bonano. – Miałem nadzieję cię jeszcze spotkać. Mamy parę niewyjaśnionych spraw.

                -Jedyną niewyjaśnioną sprawą jest to, dlaczego taka szumowina jak ty, Roark, wciąż oddycha. – warknął Hartigan, celując w Roarka. Ja stanąłem z boku, dłubiąc w zębach wykałaczką. Spodziewałem się gości w ciągu najbliższych pięciu minut, więc pozwoliłem Hartiganowi na małą zemstę. – I chyba teraz jest najlepsza pora, żeby to naprawić.

                -Pozwól, że coś ci wyjaśnię, ty zjebany kawałku... – Roark nie dokończył. Jego głowa odskoczyła do tyłu, potraktowana strzałem z broni kalibru .45. Pół twarzy mu zmasakrowało. Makabryczny widok.

                -Co do ciebie Bonano. – powiedział Hartigan, patrząc wciąż na ciało Roarka, które leżało bez życia na ziemi. – Nic do ciebie nie mam. To sprawa Marva.

                -Ano. – mruknąłem i zastrzeliłem gościa, nie pozwalając mu na powiedzenie choćby jednego słowa. – Spadajmy. Zaraz będzie tu gęsto.

                -Już jest. – mruknął Hartigan patrząc, jak na końcu ulicy pojawiają się samochody. Dużo samochodów. – Chodź, spadamy stąd!

                Pobiegłem za nim i wskoczyłem do rovera. Hartigan był lepszym kierowcą, więc pozwoliłem mu prowadzić. Ruszyliśmy z piskiem opon, zostawiając za sobą stygnące trupy i auta, które wjeżdżały na parking przed byłą nową siedzibą Bonano i Gail.

                -W Sin City rozpęta się teraz piekło, wiesz o tym. – powiedziałem. – Nie chcesz się gdzieś zaszyć i przeczekać?

                -Znam jedno miejsce.

                Kiwnąłem głową.

                -Nigdy się nie nauczą, co? – zapytałem Hartigana, gdy mijaliśmy tabliczkę informującą, że opuszczamy Sin City.

                -Czego dokładnie?

                -Jak zabijać. – powiedziałem. – Powiedz mi, John, gdybyś miał wroga, ale takiego wiesz, naprawdę dużego, to pozwoliłbyś mu być gdzieś tam na wolności, czy od razu byś go zabił?


                Hartigan nie odpowiedział, ale wiedziałem o czym myśli. Wrogów nie ma, ma ich tylko Nancy. A wrogowie Nancy są wrogami Hartigana. A ci muszą zginąć. 

niedziela, 17 stycznia 2016

Miasto Grzechu - Bonano #5

Marv.

Tydzień siedziałem u Hartigana, omawiając z nim szczegóły naszego miernego planu. Nie było to nic wielkiego, szybkie ataki na jego ludzi rozlokowanych na mieście. Ja w jednym miejscu, a on jednocześnie w drugim. Potem się ukrywamy, parę godzin przerwy, żeby ludzie Bonano mogli się trochę uspokoić i kolejny atak. Będziemy tak robić przez trzy dni. O ile nas wcześniej nie zabiją.
Po siedmiu dniach ruszyliśmy na miasto. Jako, że nie miałem wstępu do Old Town, wyruszyłem do Projektu, a Hartigan zajął się przybytkiem dziwek.

Odnalezienie pierwszej grupy nie było trudne – siedzieli w jednym z bogatszych klubów, który oczywiście należał do Bonano. I dobrze, rozwalenie jego miejsca też będzie satysfakcjonujące.
Stałem po drugiej stronie ulicy, ukryty w ciemnej uliczce, obserwując co się dzieje wewnątrz. Przez duże okna doskonale widziałem, co dzieje się wewnątrz. Było ich tam co najmniej ośmiu. Siedzieli przy dwóch stołach, na których stały butelki po wódce i duże kupki żetonów. Chłopaki widocznie grali w pokera. Trochę umilę im tę rozgrywkę.    
    
Zważyłem w dłoni ciężki kamień. Bez celowania rzuciłem go przed siebie, trafiając w szybę, a sekundę po nim poleciały dwa granaty. Wpadły do środka – jeden uderzył jednego z ludzi Bonano w plecy, a drugi wpadł za bar.

Sekundę później nastąpił wybuch – wszystkie szyby wyleciały, sypiąc się na ulicę i kalecząc przechodzących obok ludzi, którzy w panice zaczęli krzyczeć i uciekać. Jeden z nich wpadł pod samochód, kreśląc na niebie łuk, za którym ciągnęła się krew. Wyjąłem pistolet i wbiegłem do środka klubu.

Wewnątrz panował chaos, kawałki ciał i mebli leżały porozrzucane w środku, tworząc trójwymiarowe puzzle. Miałem tylko chwilę, zanim zjawi się tutaj policja. Szybko rozejrzałem się po środku, szukajć kogoś żywego i dostrzegłem jednego gościa, który starał się odczołgać za bar. Nie miał obu nóg, a prawa ręka wyglądała, jakby wpadła do maszynki do mielenia mięsa. Nie miał szans przeżyć.

Stanąłem nad nim i kopnąłem go w kikut nogi. Facet dosłownie podskoczył na metr i zwalił się ciężko na plecy, krzycząc jak opętany. Kucnąłem nad nim i zgasiłem papierosa na jego oku. Krzyk zamienił się w wycie, a ten w ryk zwierzęcia.

-Zamknij się. – dalej krzyczał. Uderzyłem go w twarz, a do ust nalałem wódki, żeby się otrząsnął. Sam też łyknąłem. Alkohol rozgrzał mnie w środku. Resztę wylałem na jego rękę. Nie miał siły już krzyczeć, leżał i drgał w spazmach. Miałem jakąś minutę, zanim policja w końcu się tutaj zjawi. – Mam wiadomość dla Bonano. Przekaż mu, że idę po niego.

Hartigan.
Dawno nie trzymałem broni w dłoni. Przyjemny ciężar kalibru .45 przywoływał wspomnienia, ukryte głęboko w mojej głowie. Widziałem przed sobą twarz Żółtego Skurczybyka chwilę przed tym, jak odstrzeliłem mu jaja, a potem twarz. Widziałem kraty celi, w których spędziłem tyle czasu i listy, które wysyłała do mnie Nancy. Każdy z nich znam na pamięć.

Moja misja była prosta – zemsta. Marv dał mi coś, o co warto zawalczyć, nawet jeśli mieliby mnie zabić. Zemsta jest czymś, o co warto walczyć.

Zgodnie z planem, udałem się do Starego Miasta. Dziwki już dawno nie wiedziały, kim jestem. Rotacja ludzi w tym miejscu jest tak duża, że starej gwardii już dawno nie ma – przynajmniej wśród żywych. Te, którym się udało dotrzeć po wątpliwych szczeblach kariery, którą gardziem kiedyś i teraz, są zbyt zajęte, żeby chociażby spodziewać się mojego powrotu.

Jechałem starym chevrolettem główną drogą, którą można było dojechać do portu. Mogłem zrezygnować i wrócić do mojej pustelni i wiem, że Marv nie miałby mi tego za złe. Jednak coś w środku mówiło mi, że to zły pomysł. Uciekać. Nigdy nie uciekałem. Stawałem w szranki z największymi bandziorami tego miejsca i każdego zamykałem albo zabijałem. Nie bawiłem się w sądy, jeśli nie musiałem.

Wysiadłem niedaleko miejsca, które miałem odwiedzić. Kasyno, które jest własnością Bonano – i od niedawna Gail. Mimo, że małżeństwo nie wyszło, to umowa pozostała. Spodziewam się, że Gail zwiąże się z Bonano. Innej opcji nie było, a sam Bonano miał chyba tylko jednego syna.

W środku musiało być dużo ochrony i jeszcze więcej dziwek, które zabiją mnie w ciągu sekundy, jeżeli źle to rozegram. Miałem dwie opcje. Albo wchodze tam z karabinem i walę seriami, licząc na element zaskoczenia, albo zrobię to po cichu. No, może nie do końca po cichu, ale przynajmniej na początku tak będzie. Za tylnym siedzeniu miałem parę kilo ładunków wybuchowych.

Jednak wejście do środka z torbą będzie problemem. Miałem pomysł i chyba chciałem to zrobić. Chciałem poczuć w sobie znowu życie, a nic innego nie działa lepiej, niż parę ładnych wybuchów.

Wszedłem drzwiami, przy których stało paru strażników. Nie wykazali jakiegokolwiek zainteresowania moją osobą, tylko spojrzeli na mnie i na to, co miałem w ręku. Wiedziałem, że jak tylko wejdę, to poinformują ochronę w środku, żeby dokładnie mi się przyjrzeli.

-Proszę się zatrzymać. – powiedział jeden z łebków, stojących na prawo ode mnie. – Proszę otworzyć torbę.

Zrobiłem, co chciał. W środku zobaczył pieniądze – około sto tysięcy dolarów w pięćdziesiątkach. Przerzucił parę sztuk, ale niżej też były pieniądze.

-Proszę postawić torbę na ziemi i rozłożyć ramiona, odwracając się twarzą w kierunku ściany. – wydał polecenie.

-Każdego tak tutaj traktujecie? – zapytałem.

-Nie, ale nie każdy wygląda jak pan. – odpowiedział ochroniarz, oklepując mnie po nogach. Nic nie znalazł. – Życzę miłej zabawy.

Wyglądałem normalnie, stary prochowiec, wytarte spodnie – niemal jak każdy.

Wszedłem do środka i zrozumiałem, dlaczego mnie sprawdził. Wszyscy w garniturach, marynarkach i smokingach. Wszędzie wdziałem wyeksponowane piersi i długie nogi, nieśmiało wyglądające zza rozcięć w sukniach. Parę osób zawiesiło na mnie wzrok, niektórzy spojrzeli z pogardą, inni z politowaniem i wrócili do gry. Ciężkie pieniądze się tutaj przewalały i duże przekręty przechodziły pod nieuważnym spojrzeniem władz. Kiedyś rozwaliłbym to miejsce z pobudek moralnych, teraz... Teraz chcę się zabawić.

Najpierw wpłaciłem pieniądze do banku. Dostałem równowartość piętnastu tysięcy w niewielkiej kupce żetonów. Usiadłem przy stole do pokera i poczekałem na rozdanie.

Po dziesięciu minutach potroiłem wpłatę. Karta – jak zawsze – szła mi świetnie. Wiedziałem, kiedy wejść i nigdy nie blefowałem. Facet na przeciwko mnie widocznie się denerwował, że przegrywał. Poddałem jedno rozdanie, tracąc połowę pieniędzy na na rzecz jakiegoś miernego biznesmena, a potem ich ograłem.

Karta poszła mi świetnie, wpadł mi król i as. Na stole dama, walet i dziewiątka. W tych samych kolorach. Wchodziłem do gry, podbijając stawkę, obserwując ludzi. Trzech z pozostałej czwórki miało coś dobrego w ręku, bo chętnie wchodziło do gry. Jeden spasował.

Facet o ciemnym zaroście wszedł za czterysta tysięcy. Jeden spasował, a kobieta sprawdziła. Ja, jako że miałem przy sobie lekko ponad dwadzieścia kafli, sprawdziłem.

Na stół doszła dwójka serce i dziesiątka pik.

Pierwszy odsłonił karty biznesmen, który wybitnie się denerwował. Kareta dam. Piękna ręka. Kobieta obok, która miała weszła za wszystko, tak jak ja, nie miała nic. Blefowała i przegrała. Pokręciła zrezygnowana głową.

Odsłoniłem swoje karty. Poker królewski.

Facet na przeciwko mnie spojrzał na mnie wrogo i szepnął coś do kobiety obok, która puściła do mnie oczko. Wstałem od stoły, zgarniając wygraną i poszedłem do łazienki.

Zgodnie z moimi oczekiwaniami, pojawił się tam po chwili również facet, który postawił czterysta tysięcy.

-Dobra karta. – powiedział, patrząc na mnie w odbiciu. – Zawsze masz takie szczęście?

-Zdarza mi się. – odpowiedziałem, przemywając twarz zimną wodą. Pod palcami czułem szorstki zarost.

-Możemy zrobić to w ten sposób. – powiedział, kładąc mi rękę na ramieniu. – Albo oddasz mi po dobroci tą torbę, albo pogadasz ze mną i z moimi kumplami. – uśmiechnął się do mnie. – Jak wolisz?
 
-Wolę, żebyś zabrał tę rękę z mojego ramienia. – powiedziawszy to, odwróciłem się do niego. – Wolę kobiety. Więc albo zabierzesz tę rękę po dobroci, albo ci ją połamię. – odwzajemniłem uśmiech widząc, jak jego twarz zmienia wyraz. – Jak wolisz?

Zaatakował mnie, ale z łatwością się uchyliłem, jednocześnie wyprowadzając sierpowego, który trafił go w ogoloną szczękę. Pod kłykciami poczułem, jak szczęka wypada ze stawu. Mężczyzna padł znokautowany na ziemię.

Poprawiłem krawat i przeszedłem nad nim. Za moimi plecami, w jednej z kabin, paliła się czerwona lampka.

Resztę ładunków podłożyłem całkiem szybko. Jeden pod barem, parę po całym kasynie pod stołami. W międzyczasie, dla sprawienia pozorów, grałem. To w black jacka, w bandytę i w pokera. 

Dzisiejszej nocy zarobiłem ponad pół miliona.

Ostatnie ładunki umieściłem z tyłu kasyna. Wtedy usłyszałem za sobą głos.
-Ej, co ty robisz?

Odwróciłem się. Patrzył na mnie jeden z ochroniarzy, który nie schował fiuta do spodni, taki zaskoczony był, gdy zobaczył w mojej dłoni detonator. Wyciągnął pistolet i wymierzył we mnie.

-Rzuć to!

Rzuciłem się do ucieczki. Usłyszałem za sobą strzał, ale wycelowany gdzieś metr ode mnie. Słaby strzelec. Przebiegłem przez ulicę, rzucając torbę pod koła samochodów. Był w niej ostatni ładunek.
Ludzie na ulicach uciekali w tym samym kierunku, co ja. Prosta psychologia. Widziałem, jak drzwi kasyna się otwierają i ze środka wybiegają pierwsze osoby. Nacisnąłem przycisk.

Przez sekundę nic się nie działo. Po tym, jakby pod ziemią, rozszedł się pomruk, który przypominał głos budzącego się olbrzyma – budynek rozpadł się na miliony kawałków, siejąc w okół zniszczenie i śmierć. Nad moją głową przeleciało ciało, trafiając w kobietę z dzieckiem, które wpadło pod pędzący obok samochód. Kobieta zaczęła krzyczeć, dopóki ktoś nie pchnął jej nożem, zabijając na miejscu. Wycofałem się do tyłu obserwując, jak resztki kasyna wylatują w powietrze, a budynki obok niego chwieją się i pomału zawalają. Pierwszy upadł bank, zawalając się i niszcząc wszystko w okół. Auta zawracały niemalże w miejscu i odjeżdżały w przeciwnym kierunku, przejeżdżając po drodze ludzi.
Pobiegłem do auta, które zostawiłem niecały kilometr od kasyna. Wsiadłem do środka i ruszyłem z piskiem opon, kurczowo zaciskając dłonie na kierownicy. Serce biło mi z oszałamiającą prędkością, jakby chciało wyskoczyć na zewnątrz. Czułem euforię i ulgę.


Czułem się dobrze. 

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Miasto Grzechu - Bonano. #4

W opuszczonej rezydencji wciąż się unosił zapach krwi i ludzkich odchodów. Osobiście wierzę, że nigdy nie znaleziono wszystkich trupów, które posiadał w kolekcji Kevin. Jestem pewny, że gdzieś pod ziemią wciąż leżą martwe kobiety.
                Dom posiadał więcej sypialni, niż bym potrafił i chciał zliczyć, ale mimo to, nie wszedłem do żadnej z nich. Myśl, że mógłbym leżeć w łóżku, w którym przed laty spędzał długie noce Kevin, patrząc się w sufit ze swoim nienaturalnym uśmiechem, obmyślając kolejny plan i danie z kobiet, napawało mnie obrzydzeniem. Wybrałem salon na pierwszym piętrze. Wydawał się najbardziej czysty.
                Spędziłem w tym domu parę dni, czekając na ludzi Roark’a, ale nikt się nie pojawił. Pewnej nocy, nie wiem której już z kolei, daleko w lesie zobaczyłem błysk. Błysk latarki.
                Dwadzieścia sekund później wychodziłem tylnymi drzwiami, uciekając głęboko w las. W ręku trzymałem torbę z ciężkim sprzętem, który dostałem od Roark’a. Przebiegłem jakiś kilometr, może półtora i przystanąłem za drzewem starszym, niż cała okolica i obserwowałem dom.
                Po chwili zobaczyłem błysk ognia, który delikatnym łukiem szybował między drzewami, wpadając do starej chaty przez oko. Dźwięk tłuczonego szkła słyszałem z tej odległości bardzo dobrze. W środku wybuchły płomienie, a parę sekund później powietrze przecięły kolejne smugi błękitnego ognia, uderzając w fasadę i dach budynku. Mimo zimy i wilgoci, dom zajął się ogniem bardzo szybko. Płomienie uderzały w bezchmurne niebo, rozświetlając okolicę. Schowałem się za drzewem i szybko przekalkulowałem swoje opcje.
                Nie miałem żadnych.
                Zostało mi tylko Sin City. I jedna osoba, która mogłaby mi pomóc, ale do której nie chciałem się zwracać. Był stary i zmęczony korupcją i bezsensowną walką z przestępczością, której nie dało się wyplenić z Basin City.
                Hartigan. Pięćdziesięcioletni policjant, którego kariera jest naznaczona trupami tak samo gęsto, jak moje życie. Bezwzględny twardziel, który nie miał oporów przed zabijaniem ludzi według własnego wyroku. Nie czekał na sądy, które dawały się przekupić nawet w najbłahszych sprawach.
                Słyszałem, że ukrywał się w porcie, nad samym morzem. Mieszkał podobno w starej, opuszczonej chacie z dala od miejskiego zgiełku. Powiadali, że szum morza go uspokaja. Mnie wkurwia.
                Do portu wiodła prosta droga obrzeżami miasta. Szeroka dwupasmówka, na której ruch nigdy nie ustawał. Obmyśliwszy na szybko plan działania, wróciłem do miasta.
                Zdobycie samochodu zajęło mi dziesięć minut od momentu, gdy ciemnymi uliczkami wszedłem do Projektu. Wszędobylska policja była jeszcze bardziej widoczna, a patrole powiększyli z trzech do pięciu gliniarzy. Widocznie Roark urządził na mnie obławę. I dobrze, póki co nie ma po co się wychylać.    
                Stary camaro sunął ciemną szosą, łapczywie połykając kilometry. Radio nie działało, ale może to i lepiej. Wszędzie pewnie mówili o ataku na „fabrykę leków” Bonano. Uśmiechnąłem się pod nosem, widząc przed oczami duży grzyb, który wyrósł nad miastem po wybuchu składu broni. Musiało go to zaboleć, jestem tego pewny.                
                W końcu dotarłem do portu. Jak tylko opuściłem auto, od razu zrobiło mi się nieswojo. Czuć było w powietrzu morskie powietrze, które w porównaniu do tego w mieście – było czyste. Przyjemnie się oddychało, ale widziałem w dali niezliczone tysiące litrów wody. Budziło to we mnie pierwotny lęk, którego nie mogłem zrozumieć. Zdusiłem go w sobie, tak samo jak peta, którego rzuciłem w dzikiego psa. Uciekł, ujadając wściekle.
                Dom Hartigana, mimo, że nikt nie mówił, gdzie jest, znalazłem szybko. Jedyna tak brzydka rudera w tej okolicy musiała należeć do niego. Nie dbał o nic, poza Nancy. Kiedyś uratował ją przed porwaniem przez Roark Juniora. Uratował małą, jedenastoletnią dziewczynkę z rąk kolejnego chorego pojeba, jakiego Sin City wychowało na swoim łonie. Postrzelony przez partnera i nie mogący się bronić, Hartigan został wrzucony do więzienia za fałszywe oskarżenie o gwałt. Prawdopodobnie – ja w to wierzę i niektórzy z moich znajomych – powiesił by się tam, gdyby Nancy nie zaczęła do niego pisać. Ukrywała się pod imieniem Cordelia. Uratowała go, chociaż nie zdawała sobie z tego sprawy.
                W końcu wyszedł, oszukany przez Roark’a, tylko po to, żeby móc go doprowadzić do Nancy. Plan senatora się udał i w końcu odnalazł niedoszłą ofiarę swojego syna. Nasłał na nich Żółtego Skurczybyka, który starał się oboje zabić.
                Koniec końców, Hartigan dopadł Juniora i zanim pobił go na śmierć, jeszcze raz go wykastrował. Facet był impotentem po pierwszy spotkaniu z twardym gliną, kiedy to John odstrzelił mu jaja.
                Mówili, że Hartigan się zabił, żeby nie narażać więcej Nancy na niebezpieczeństwo. Podobno ktoś widział nawet ciało, ale wiem, że to kłamstwo. Hartigan usunął się w cień, żyjąc z oszczędności i z pieniędzy, które wciąż wysyłała mu Nancy. Wrócili do tego co kiedyś – do listów. Zgodziłem się pomóc Nancy i wysyłałem te listy. Raz na tydzień, jak przed laty. Byłem ciekaw, o czym piszą, ale nigdy nie byłem wścibski.
                Zapukałem, starając się nie rozwalić wątpliwej konstrukcji domku. Cud, że jeszcze stał. Ze środka nie dobiegł mnie nawet pojedynczy dźwięk, ale wiedziałem, że tam jest. Nigdy tu nie byłem.
                Uniosłem pięść, żeby jeszcze raz uderzyć w drzwi, ale te się otworzyły. Stał w nich Hartigan.
                Widziałem zniszczonych, starych ludzi, których pokonał system i ktoś nie tyle co silniejszy od nich, tylko bogatszy. Widziałem oszpeconych, okaleczonych, ale Hartigan nie zaliczał się do żadnej z grup.
                Wyglądał tak, jak go zapamiętałem, jakby czas w ogóle go nie ruszył – jakby nie miał wstępu do ledwo stojącej chaty nad samym morzem. Tylko oczy były szare, zmęczone. Twarz porysowana zmarszczkami, które rzeźbiły głębokie bruzdy w jego – kiedyś na pewno – przystojnej twarzy. Na czole miał źle wyglądającą bliznę w kształcie krzyża – i nikt na świecie, poza nim, nie wie, skąd jest. Nikomu nigdy nie powiedział. Ja sam w to nie wnikałem. Człowiek nosi swoje blizny i musi z nimi żyć. Nie rozmawianie o nich jest jedną z form akcepetacji. Tak przynajmniej lubię sobie mówić.
                -Marv. – powiedział Hartigan. – Ciebie tutaj spodziewałem się jako ostatniego.
                -Wiem. – wszedłem do środka. – Ale mam problem i jesteś jedyną osobą, która może mi pomóc.
                Hartigan nienawidził tylko jednej rzeczy w życiu, od kiedy ta druga zakończyła swój marny żywot – przestępstwa. Najbardziej na świecie gardził tymi, którzy zabijają innych tylko dlatego, że mogą. On robił to samo, ale miał wytłumaczenie, a to już jakieś usprawiedliwienie.
                -Cokolwiek by to nie było Marv. – westchnął John, siadając przy oknie, gdzie stała szklanka z whisky. – To nie jestem zainteresowany.
                -Myślę, że mógłbyś być. – stanąłem pod ścianą, zapalając papierosa. – Co byś zrobił, gdybym ci powiedział, że poluję na Bonano?
                -Roześmiałbym się. – mruknął, wychylając drinka. – Nikt nie poluje na Bonano, to on poluje. Widziałeś kiedyś, żeby owca polowała na wilka? – zarechotał pustym śmiechem. Tak samo pustym, jak jego oczy.
                -Wyglądam ci na owcę, Hartigan? – zapytałem, wydmuchując dym w pajęczynę. Nic tam nie żyło. – Bo mi się wydaje, że nie. Poczekaj. – przerwałem mu, widząc jego minę. – Słyszałeś o sytuacji w rzekomej fabryce leków?
                -Nie. – pokręcił głową.
                -Wiesz w ogóle, który mamy rok? – westchnąłem. – Słuchaj. Sytuacja nie jest prosta. Dogadałem się z Roarkiem i zanim mnie wyrzucisz, daj mi dokończyć. Za zabicie Bonano gwarantuje mi nietykalność. A co jeśli ci powiem, że chcę także zabić Roark’a i wykończyć Stare Miasto? Wyjebać wszystkie dziwki, nie ważne, czy zabić, czy zamknąć.
                -Nie rozumiem...
                -Syn Bonano macał Nancy, mimo tego, że mu na to nie pozwoliła. Zabiłem chujka. – splunąłem na podłogę. W oczach Hartigana zobaczyłem błysk uznania. Trąciłem w dobrą strunę.- Nie wiedziałem, że Gail – jak wiesz, szefowa dziwek, ma zamiar wyjść za Juniora. Zabijając go, podpisałem na siebie wyrok. – poprawiłem się na niewygodnym krześle. – Jako, że lubię moje życie, dogadałem się z Roarkiem. On chce, pożąda wręcz, biznesu Bonano. Ogromne pieniądze i władza nad całym już miastem. Zgodził się niemal od razu, nie musiałem go namawiać. Ta fabryka leków – która, mam nadzieję, że wiesz, była składem broni Bonano, największym w tej części stanu. Stary chuj nie spodziewał się ataku na swój przybytek i to miejsce było ledwo chronione. Działałem na polecenie Roark’a, ale bez ryzyka nie ma zabawy.
                -Po co to robisz?
                -Ty robiłeś to samo. Nie dałeś się korupcji, walczyłeś z tym, jak tylko mogłeś. W końcu cie dopadli i złamali. Jednak wygrałeś, bo ocaliłeś jedyną kobietę, którą kochasz.
                -Nie rozmawiałem z nią od lat.
                -Do kurwy, Hartigan, nie rób ze mnie idioty. – wstałem gwałtownie. – To ja wysyłam listy Nancy do ciebie. Myślisz, że sama by z tym chodziła? Roark zabiłby ją już po drugiej wiadomości do ciebie. – usiadłem z powrotem. – Chcesz się zemścić? Patrz gdzie się znalazłeś. Gdzieś na jebanym uboczu z dala od ludzi i od swojej jedynej miłości. Roark cie wyruchał na sucho bez mydła, tak jak chciał, a ty się dałeś. Teraz daję ci okazję do wygarnięcia mu wszystkiego, ba, do zabicia go. Tylko musisz mi pomóc.
                Hartigan wstał i podszedł do okna wychodzącego na morze. Stał tam i patrzył się w dal. Nie wiedziałem, co ma w głowie, ale miałem nadzieję, że obudziłem w nim chociaż ten kawałek starej wściekłości, która kiedyś w nim tętniła nie gorzej niż we mnie. Pamiętam, jak polował na każdego skurwysyna w miescie, do póki nie trafił na tego większego od siebie. Teraz ma okazje się zemścić.
                -Chcę, żeby o mnie nie wiedział aż do samego końca. Chcę, by widział moją twarz, jak będę mu celował w ten jego parszywy ryj. – powiedział głośno. Wyprostował się. Wziął głęboki oddech i się do mnie odwrócił.
                Na jego twarzy gościł ten półuśmieszek, który tak bardzo mnie wkurwiał, gdy tylko go zobaczyłem gdzieś na mieście. Na mnie też kiedyś polował, ale ustaliliśmy pewny kompromis. Ja mu czasem pomogę, on czasem przymknie na coś oko. Odpowiadał mi ten układ. Może nie nazwę tego przyjaźnią, ale to było coś rzadkiego. Coś cennego.
                Patrzył na mnie, a w jego oczach dostrzegłem dawną determinację, która wsadziła tyle pojebów za kratki.

                -Załatwione.